Strona:PL Bolesław Prus - Placówka.djvu/249

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


pić dla syna... Już tu Josel kręci się od miesiąca, i Bóg wie, coby było, gdybyście się nie zgodzili na sprzedaż swego kawałka.
— Grzyb?... — powtórzył chłop. — A dy wolałbym djabła na sąsiada, niż tego chorobę! Stu Niemców tak nie dopiecze, jak ten stary Judasz.
— Zawsze się z nimi trochę potargujcie — dorzucił bakałarz. — Nie będą twardzi, bo już przyjechał Knap, i muszą z nim skończyć.
Na folwarku skrzypnęły drzwi. Bakałarz nagle zmienił temat rozmowy.
— Wasza kobieta — mówił głośno — leży w szkole. Chodźcie tędy...
— Czy to Ślimak? — zawołał z dziedzińca Fryc Hamer.
— Ja.
— No, to zajrzyjcie do żony, ale nocujcie w kuchni. Chorej dopilnuje Augustowa, a wy musicie wyspać się, bo jutro przed świtem jedziemy.
Cofnął się za róg domu, i drzwi znowu skrzypnęły. Widać wrócił do izby.
— A wy gdzie siedzicie, panie bakałarzu? — spytał chłop.
— Zwyczajnie siedzimy we szkole, ale dziś nocujemy z córką przy stajni.
Ślimak zadumał się i odparł:
— Pewnie, że moją kobietę tylko do jutra położyły w izbie. A jutro nas wyrzucą do stajni... Niema tu co długo wysiadywać.
Weszli do ciemnej sieni. Gdzieś z głębi domu rozlegała się huczna rozmowa, przerywana grubemi wybuchami śmiechu i brzękiem szkła. Bakałarz ujął chłopa za ramię i pociągnął do drzwi na lewo. Otworzył. W wielkiej izbie, zastawionej ławkami i oświetlonej małą lampką, leżała na tapczanie Śli-