Strona:PL Bolesław Prus - Placówka.djvu/225

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Konie mu się i tak nie wrócą, a co dwie dusze zgubił, to zgubił! — krzyknęła starsza z bab.
— Od Niemców tego się nauczył! — dodała druga.
— Sumienie będzie go gryzło do śmierci! — rzekła trzecia.
Grochowskiemu było coraz markotniej, więc odezwał się:
— I... nietyle go ta Ślimak wygnał, ile on sam rwał się, żeby wytropić złodziejów, co nam konie kradną...
I brzydko, choć nieznacznie spojrzał na Jaśka Grzyba, który odzerknąwszy mu, odciął:
— Tak będzie z każdym, co się nadto za koniarzami ugania. Ich nie połapie, a sam zginie.
— Przyjdzie i na nich termin — rzekł Grochowski.
— Nie przyjdzie!... Bo to jakieś pary sprytne — odparł Jasiek Grzyb.
— Da Bóg, że przyjdzie — upierał się Grochowski.
— Nie gadajcie tak głośno, bo i was kiedy okradną — zaśmiał się Jasiek.
— Może i okradną, ale niech Boga proszą, żeby na mnie twardy sen spuścił.
W czasie tej rozmowy strażnik odszedł do kancelarji, pisarz gminny z wielką uwagą oglądał nieboszczyków, a wójt krzywił się, jakby pieprz gryzł. Wreszcie odezwał się, wskazując na sanie:
— Trza tych nieszczęśników odrazu zawieźć do sądu. Tam je naczelnik, felczer i niech se robią z nimi, co wypada... Jedź, stójka — zwrócił się do właściciela sani — a ja was z pisarzem dogonię. Pierwszy raz zdarzyło mi się, żeby w gminie tak zamarzli...
Właściciel sani poskrobał się w głowę, ale musiał słuchać. Wreszcie do sądu było ledwie parę wiorst. Wziął więc lejce do ręki i zaciął konie, sam obok sanek idąc piechotą i niebardzo oglądając się na swoich pasażerów. Wraz z nim poszedł sołtys i jeszcze jeden chłop, który miał w sądzie sprawę