Strona:PL Bolesław Prus - Placówka.djvu/101

From Wikiźródła
Jump to navigation Jump to search
Ta strona została uwierzytelniona.


kaczorem, i tak mnie osmarowało.“ — „Chwała Najwyższemu Bogu — mówię — że nie z ciebie, Ignac, ta posoka, ale za to powiedz mi — jakby zdybać dziedzica?“ — A on mówi: „Zaczekajcie tu, bo przywieźli sarnę, to pewnie pan wyjdzie obejrzeć ją.“
Poleciał se Ignac pod studnię, a ja czekam i czekam, aż mię cięgoty przechodzą. Ale czekam.
— No, i widziałeś pana? — przerwała niecierpliwie żona.
— Ma się wiedzieć, żem widział.
— A gadałeś z nim?
— A ino jak.
— Cóżeście ugadali?
— Ha, no, ja mu powiedziałem: „Dopraszam się łaski jaśnie pana o tę łąkę...“ A on szepnie: „Iii, daj mi dziś spokój z interesami, bo głowy do tego nie mam.“
— I tyle? — spytała się kobieta.
Ślimak rozłożył ręce.
— Pójdę tam jutro, albo pojutrze, jak się wyśpią po tańcach — zakończył.
W tej porze Maciek Owczarz wjeżdżał sankami do lasu, po drzewo. Wiózł siekierę, kobiałkę z odrobiną żywności i córkę głupiej Zośki. Matka, odbiegłszy sierotkę w jesieni, nie zapytała o nią do dziś dnia, więc Owczarz matkował znajdzie. Sam ją karmił, nocleg dawał jej w stajni i brał ją do każdej roboty, aby porzuconej dzieciny nigdy nie spuszczać z oka.
Dziecko było tak niedołężne, że prawie nie ruszało się i nie wydawało głosu. Ślimakowie, a nadewszystko Sobieska, przepowiadali mu rychłą śmierć:
— Tygodnia nie wytrzyma.
— Umrze jutro.
— Oho! już po znajdzie.
Tak mówiono o niej w chacie. Ale znajda i tydzień przeżyła, i nazajutrz nie umarła, i nawet, kiedy pewnego dnia