Strona:PL Bolesław Prus - Placówka.djvu/017

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


„Głupi chłop. Cóż to za głupi chłop!“ — świergotały wróble.
„Patrzaj, jak glina wypycha ci czarnoziem!“ — pokazywało słońce.
„Głodzisz mnie, nie dajesz wypoczynku...“ — stękała ziemia.
„Durny, ty durny“ — warczały z gniewem zębate a leniwe brony.
„Chi! chi!...“ — śmiał się wiatr w zeschłych badylach.
— Ot dola! — szepnął Ślimak. — Żeby to dziedzic, żeby choć ekonom tak cię, człeku, posponował, jeszczeby żalu nie było. Ale nieme stworzenie i to już nie daje ci dobrego słowa...
Utopił palce we włosy, aż mu czapka zsunęła się na lewe ucho, i wstrzymał konie, chcąc rozejrzeć się i smutne myśli pogubić gdzie na polach.
Między chatą i gościńcem Jędrek kopał ziemię motyką i od czasu do czasu rzucał kamieniami na ptaki, albo śpiewał fałszywie:

Uch!... jak ja se urznę
Krakowiaka z nogi,
Pójdą wiechcie z butów,
A drzazgi z podłogi.

Albo pukał w okno chaty i wrzeszczał naprzekór Magdzie:

Widzi Bóg, dalibóg,
Żem cię nie poznała,
Bobym ja ci, Stasiu,
Otworzyć kazała!

A ona mu z izby na tę samą nutę:

Chociaż ja uboga,
Ubogiej matusie,
Nie będęć dawała
Po kątach gębusie.