Strona:PL Bolesław Prus - Pierwsze opowiadania.djvu/277

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— To ja z dzieckiem!... — odparła przestraszona. — Ja nic złego nie zrobię...
— Nocujecie tu?...
— Tak... odpoczywamy. Do domu daleko.
Jaś usiadł przy niej.
— Panicz z tej kamienicy? — zapytała teraz kobieta.
— Nie! — odparł zakłopotany, cichym głosem.
— Może panicz się spóźnił na kolej?...
Chłopiec nie odpowiedział nic.
— Jakoś ciepło na dworze — rzekła znowu, a potem oparła głowę o ścianę i zamknęła oczy.
Dziecko spało ciągle. Jaś dotknął jego nagiej rączki i wstrząsnął się. Była ona tak pomarszczoną i chłodną, jak to pisklę, które niegdyś z jego winy straciło życie.
Teraz przyszło mu na myśl, że go Bóg skarał za śmierć ptaszka. Przypomniał sobie piękne, okrągłe gniazdeczko i mimowoli porównał je z gniazdem łachmanów, na których spoczywało pisklę rodu ludzkiego.

Wkrótce, wśród miasta, na schodach, okrytych zmarzniętem błotem, miłosierny sen, lekarz cierpiących, ukołysał trzy istoty, pozbawione dachu nad głową.

I On także nie ma nad głową dachu,
Ten, który sobą wypełnia nieskończoność...

Rzecz dzieje się na drugi dzień w południe.
Bliżej Wisły, wśród zbiorowiska drewnianych domów, na wielkiem podwórzu, widzimy dwie osoby: pewną panią Weronikę i niejakiego Antka.
Panią Weronikę, według jej własnych zapewnień, Bóg stworzył na wielką damę, lecz piorun losu, z wyżyny salonów