Strona:PL Bolesław Prus - Pierwsze opowiadania.djvu/100

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wydał się bardzo dobrym. W owej epoce panowała na wsiach bieda, i ludzie natrętnie dopraszali się o robotę.
Miejsce felczera zajął „tymczasowo“ stary robotnik, który według opinji Adlera był o tyle obeznany z chirurgją, że jakieś lekkie skaleczenie mógł opatrzyć. W wypadkach cięższych, nader rzadkich, miano posyłać do miasteczka, gdzie również udawać się musieli, na własny koszt, chorzy robotnicy, ich żony i dzieci.
Było więc w fabryce pomimo tak wielkiego przewrotu, wszystko dobrze. Najdokładniej zebrane informacje wskazywały Adlerowi, że bez względu na krzywdy, jakie ludziom wyrządził, nie spotka go nic złego, że niema siły, któraby mu mogła zaszkodzić.
Tylko pastor Böhme, do którego fabrykant pojechał pierwszy na zgodę, kręcił głową i, poprawiając okulary, mówił:
— Złe wyradza złe, mój miły Gotliebie. Tyś zaniedbał wychowania Ferdynanda, więc zrobiłeś źle. On stracił twoje pieniądze, i zrobił gorzej. Teraz znowu ty, z jego powodu, zniżyłeś ludziom zarobki i zrobiłeś najgorzej. A co z tego jeszcze wyniknie?
— Nic! — mruknął Adler.
— Nie może być nic! — odparł Böhme, trzęsąc rękami nad głową. — Najwyższy tak świat urządził, że w nim każda przyczyna musi mieć właściwy skutek: dobra — dobry, zła — zły!
— Przynajmniej nie dla mnie — wtrącił fabrykant. — Bo i cóż mi się stanie? Kapitały leżą w depozycie. Fabryki mi nie spalą, a choćby i spalili, to jest asekurowana. Roboty nie porzucą, bo na ich miejsce znajdę innych, a zresztą — gdzież sami pójdą? Chyba myślisz, że mnie zabiją? Marcinie, czy tak myślisz? Ha! ha! ha! Mnie oni! — mówił olbrzym, klaszcząc w potężne dłonie.