Strona:PL Bolesław Prus - Opowiadania wieczorne.djvu/168

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— To nie moja rzecz.
— Jakże nie?... Nie można przecie tolerować złodziei, którzy nawet kołdrę zabrali księdzu.
— Bóg z nimi.
— Ależ oni całemu społeczeństwu wyrządzają krzywdę. Ukrywać ich, znaczy być ich wspólnikiem.
Starzec bystro spojrzał na mego towarzysza.
— Pytali mnie tu już dziś — odparł. — Ale to nie moja rzecz... nie moja rzecz... Miłujcie nieprzyjacioły wasze; czyńcie dobrze tym, którzy was nienawidzą... to moja rzecz...
— Dobre to, z przeproszeniem księdza, dla owiec, które swojem tłustem mięsem częstują wilka i rzeźnika. Ale człowiek ma rozum, ażeby przykładał się do wytępiania złego.
Starzec ożywił się.
— Mówisz pan jak świecki, ale ja jestem zakonnik. Pański obowiązek przestrzegać ludzkich praw; ja muszę pilnować boskich.
— Boskie prawa są na to, ażeby ludziom było dobrze na świecie, ażeby sami byli coraz lepsi. Boskie prawa są wszechmądre, więc nie mogą być niepraktyczne.
— A co to jest praktyczne? — spytał zakonnik z uśmiechem.
Przymknął drzwi grobów i, drepcząc, poszedł w głąb korytarza, gdzie we framudze znajdowała się ławka.
— Przepraszam — rzekł — że usiądę, bo mi trudno stać. Siadajcie, panowie... Młodzi jesteście i światowi, więc to, com powiedział, może wam wydawać się dziwne, a nawet głupie... Ale to tylko z pozoru... Boskie prawa są bardzo praktyczne i, ażeby świat o nich nie zapominał, muszą być wykonywane choćby przez takich jak ja...
Sędzia trącił mnie kolanem i przymrużył oko, na znak, że teraz właśnie poznam osobliwego człowieka. Staruszek wydobył z za pazuchy lubianą tabakierkę z rzemykiem, otworzył, zażył z przyjemnością ciemno-zielonego proszku i nas