Strona:PL Bolesław Prus - Opowiadania wieczorne.djvu/163

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Za pozwoleniem!... Więceś ty nie zginął w tym pociągu, który się rozbił?...
— Ja nim nawet nie jechałem. Ale co ty mówisz, Łukaszu?
— Zaraz! — przerwał mu starzec. — Więc nie zabiłeś się i nie byłeś w piekle?...
Do pokoju wpadł stróż, trzymając w ręku pantofel.
— Panie! — zawołał — jest pantofel, znalazłem go za beczką...
Pan Łukasz obejrzał swój pantofel i nie mógł dostrzec na nim ani śladu ognia.
— Więc i mój pantofel nie był w piekle?... — szeptał starzec.
— Ty masz bzika, Łukaszu! — krzyknął rozgniewany adwokat. — Ja ci mówię, żeś przegrał proces, a ty mi pleciesz o piekle.
— Widzisz, miałem wczoraj dziwny i przykry sen...
— Co tam! — przerwał Kryspin — sen mara, Bóg wiara!... Teraz nie o sny chodzi, ale o to: czy wynosisz się z kamienicy, czy też dalej procesujesz się z córką?
Pan Łukasz zamyślił się. Myślał, rozmyślał, rozważał, nareszcie rzekł stanowczo?
— Proces!...
— Tak to rozumiem! — odparł adwokat. — Ale, ale!... Była dziś u mnie stolarzowa i powiedziała, że odwołujesz licytacją na ich ruchomości. Czy to prawda?...
Pan Łukasz aż skoczył.
— A niechże Bóg broni! — wykrzyknął. — Wczoraj byłem trochę rozstrojony, obiecałem, że cofnę licytacją i nawet (wstyd mi wyznać!) dałem babie dwa ruble... Ale dziś jestem już zupełnie trzeźwy i uroczyście odwołuję wszystkie nierozsądne obietnice.
— No tak! — rzekł adwokat z uśmiechem, ściskając Łu-