Strona:PL Bolesław Prus - Opowiadania wieczorne.djvu/132

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Po śmierci Gustawa sesje naukowo-społeczno-filantropijne wegetowały jeszcze, ale już w mieszkaniu Damazego.
Słuszność nakazuje wyznać, że skromne butersznyty, jakie wielki mówca podawał na tych zebraniach, znakomicie ostudzały gorliwość jego kolegów.
Skończyło się wreszcie na tem, że idei pracy dla ogólnego dobra pozostali wiernymi tylko pan Damazy i jego wielbiciel — sędzia. Pierwszy z nich cały wieczór gadał, drugi drzemał, skutkiem czego oba byli z siebie zadowoleni.
Stary Piołunowicz stetryczał. Zarzucił gimnastykę, wyrzekł się prysznica, zerwał z sesjami, a młodych malarzy unikał jak ognia. Najulubieńszem zajęciem jego w czasie lata było chodzić z piękną i dorosłą już Wandzią na Powązki i tam kwiatami ozdabiać grób Gustawa, o którym starzec wspominał zawsze z płaczem.
Zwiedzający szpital Jana Bożego, między stałymi lokatorami tej dobroczynnej instytucji, przez pewien czas pilną zwracali uwagę na trzy wyróżniające się od innych indywidua.
Jedno z nich całe dnie spędzało nad pisaniem memorjału o pauperyzmie i nad obmyślaniem takiej teorji ekonomicznej, któraby zadowoliła wszystkie stronnictwa.
Drugie indywiduum cały dzień siedziało bez ruchu, mrucząc tylko od czasu do czasu:
— Pójdziemy hajty, Heluniu! pójdziemy hajty!...
Trzeci zachowywał się najprzyzwoiciej. Zwykle czytywał książki pobożne, lub robił nieskończenie długie rachunki; lecz gdy deszcz padał, a nadszedł wieczór, wówczas zrywał się ze swej pościeli i krzyczał nieludzkim głosem:
— Gucio!... mój Gucio!... zabity!... Zabiłem dziecko moje!...