Strona:PL Bolesław Prus - Opowiadania wieczorne.djvu/117

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


wiceprezesa, a pana Wolskiego na sekretarza sesji — odezwał się Piołunowicz.
Wybór jednomyślnie zatwierdzono, i dwaj onegdajsi przeciwnicy znaleźli się na prezydjalnej kanapie. Rejent usiadł pod Seneką, pan Zenon pod Solonem, Wolski obok nich przy ogromnym stosie papierów, a pan Damazy zabrał głos:
— Dzień dzisiejszy, panowie! — rzekł zadziwiający ten człowiek — jest najpiękniejszym, najuroczystszym i najpłodniejszym w następstwa z pośród tych, jakie spędziliśmy razem. Dziś bowiem zastanawiać się mamy nad sposobami założenia, utworzenia i zorganizowania kasy pożyczkowej; dziś jesteśmy świadkami pojednania się dwóch wrogich sobie dotąd zasad, uosobionych w szanownym panu rejencie i uczonym panu Zenonie. Dziś wreszcie przez szanownego pana Zenona odczytany nam zostanie memorjał o pauperyzmie, w którym autor, przez szacunek dla szlachetnego przeciwnika swego, pana rejenta, starał się pogodzić nieprzyjazne dotąd teorje postępowe z konserwatywnem widzeniem rzeczy.
Mowie tej towarzyszyło głośne chrapanie leżącego na fotelu marszałka szlachty. Znakomity jednak Damazy nie zważał na to i tak zakończył:
— Z tych tedy powodów prosilibyśmy szanownego pana Zenona, a dzisiejszego naszego wiceprezesa, aby raczył nam memorjał swój odczytać.
— A który? — spytał z najwdzięczniejszym uśmiechem wiceprezes.
— Ten o pauperyzmie — objaśnił Damazy.
— Bo może woleliby panowie usłyszeć coś o mieszkaniach wilgotnych?
— Nie! Prosimy o ostatni, o pauperyzmie.
— Mam także o drenach... — przypomniał Zenon.
— Podziwiamy płodność pańską — wtrącił rejent — ale radzibyśmy skończyć już raz z tym nieszczęśliwym pauperyzmem.