Strona:PL Bolesław Prus - Opowiadania wieczorne.djvu/115

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Na początek dziesięć do piętnastu tysięcy rubli, później zobaczymy!
— Wiwat! — krzyknął Wolski, rzucając się niewiadomo który raz na szyję poczciwemu wujowi.


ROZDZIAŁ XII

Z KTÓREGO WIDAĆ, ŻE W KÓŁKU LUDZI BARDZO ZNAKOMITYCH
NAJTRUDNIEJSZĄ JEST ZGODA.


— Janek! Janek!... ty wisusie jakiś! — wolała rozgniewana kucharka Piołunowicza — nie mówiłam ci, żebyś szedł po węgle do piwnicy, co?...
— Ale! hale!... będę tam chodził po węgle, kiedy taki deszcz leje — mruknął chłopak.
— Nie bój się, nie roztopi cię, ty cukierku! Za dziewczętami toś latał wczoraj jak warjat, chociaż pioruny biły.
— Co mi tam pani będziesz nogę zawracała! — odparł oburzony Janek. — Na dworze ciemno jak w maźnicy, gospodarz ze światłem chodzić nie daje, to co ja zrobię! Ślepiami będę świecił?...
— Znam ja cię!... Jakeś wczoraj wystawał na schodach z Joaśką, to ci ciemno nie było, a teraz może chciałoby ci się pająków do piwnicy? Widzisz go!...
Tak wykrzykując, gosposia przesuwała ogromne sagany i jeszcze większe rondle po rozpalonej do czerwoności kuchni angielskiej.
— Djabli nadali z tymi gośćmi, czy co? Złażą się co dzień z końca świata jak pluskwy, a ty gotuj, a ty się parz do północka, i jeszcze ci pokraka węgli przynieść nie chce!... Ot los!
— Zasmakowały im panine kolacje, to się złażą — mruknął Janek.
— Stul pysk, ty wysmołku! — huknęła jejmość. — Jak