Strona:PL Bolesław Prus - Opowiadania wieczorne.djvu/113

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


chodził szybko po pokoju, a chłodny jego wuj gryzł paznogcie.
— Powiedzie mi, mój drogi, a cóżbyś ty robił, gdybym ja naprzykład był lichwiarzem?... Czy także nazwałbyś mnie podłym?...
— Ty, mój wuju, lichwiarzem? ty!... cha, cha, cha!... — rozśmiał się Wolski.
— Mówmy na serjo. Cóżbyś robił? — pytał finansista, patrząc w ziemię.
— Mój wuju! do czego prowadzi dyskusja o rzeczach niemożliwych?
— Hum?... Choćby do zbicia pewnych niedojrzałych, a jednak bardzo stanowczych sądów.
— Do zbicia!... niedojrzałych!... — powtarzał Wolski. — A więc zgoda, mówmy... Otóż, mój wuju, gdybyś ty był lichwiarzem, powiedziałbym ci tak: Naprzód wyrzeknij się swoich operacyj, a potem oddaj swój majątek...
— Oddaj?... a komuż to?... — spytał finansista.
— Ludziom, naturalnie.
— A którym, jeżeli wolno spytać?... Czy lichwiarzom, czy tym, którzy od nich pożyczają, czy też tym, którzy nie potrzebują pieniędzy?...
— No, pogadalibyśmy o tem!... — odparł Wolski.
— A gdybym ja naprzykład nie oddał owych pieniędzy? — badał dalej finansista.
— Wtedy prosiłbym cię, ażebyś koniecznie oddał, a jeżeli nie, to...
— To?...
— To strzeliłbym sobie w łeb! — odpowiedział Gustaw stanowczo.
Żółta twarz finansisty stała się popielatą, pytał jednak dalej:
— No, mój drogi, przypuśćmy, że ja oddałbym jakimś tam ludziom moje, rozumiesz, moje pieniądze, lecz cóżbyś ty im oddał?...