Strona:PL Bolesław Prus - Opowiadania wieczorne.djvu/092

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


się zapytać, czy panowie gotowi bylibyście pośpieszyć im z materjalną pomocą?
— Rozumie się!
— Otóż, łaskawi panowie, zrobię wam nową propozycją. Jedną z najstraszliwszych plag, trapiących klasy uboższe, jest brak kredytu i lichwa; zapytuję więc panów, czy dla złagodzenia jej nie moglibyśmy tymczasem założyć jakiejś skromnej kasy pożyczkowej?
— Pyszna myśl! — zawołał Damazy.
— Kochany Guciu! — wykrzyknął pan Klemens, rzucając się malarzowi na szyję.
Reszta obecnych z niemniejszym entuzjazmem przyjęła projekt, i wnet zaczęto obrachowywać przypuszczalne fundusze.
— Panowie! — odezwał się rejent (nie wiedzący, jaka burza wisiała mu nad głową). — Radzę nie śpieszyć się z podawaniem cyfr, lecz zastanowić się chłodno i podać stanowcze. W tym celu zaproponuję nawet, abyście byli łaskawi zebrać się pojutrze, naprzykład...
— Do mnie, panowie! — przerwał Piołunowicz, błagalnie składając ręce.
— Do prezesa!... zgoda! zgoda! — odezwały się liczne głosy.
Towarzystwo ożywiło się. Jedni winszowali Wolskiemu pomysłu, inni zastanawiali się nad trudnościami utworzenia kasy pożyczkowej, a tymczasem pan Damazy, wziąwszy Piołunowicza pod rękę, pociągnął go do kąta.
— Co się stało? — zapytał przerażony dziadek.
— Zenon chce wyzwać na pojedynek rejenta...
— Zwarjował, czy co?...
— Traktuj pan tę sprawę chłodno i poważnie — upominał go Damazy. — Sekundantów już naznaczył, doktora zamówił...
— A cóż rejent na to?