Strona:PL Bolesław Prus - Opowiadania wieczorne.djvu/024

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Twarz starca znowu się wyjaśniła, co widząc, matka rzekła:
— Proś, Heluniu, dziadzi tak: daj, dziadziu, daj...
— Dia, dziadzi, dia! — powtórzyła Helunia.
— Cha, cha, cha! — śmiał się starzec, obcierając załzawione oczy — oddam wam już, oddam, kiedy dia.
W oczach biednej kobiety błysnęła radość. Może pomyślała, że naprawiona maszyna powróci zdrowie jej dziecku, a chleb wszystkim.
— Gdzież jest łódka, ojcuniu?
— Zaraz przyniosę — odparł Hoff, i posadziwszy dziecko na ławie, wyszedł do drugiej izby.
— Dziś Pan Bóg na nas łaskaw — szepnęła kobieta.
Za chwilę starzec wrócił i, oddając łódkę, rzekł:
— Masz rację, Kostuniu, to nie dla mnie robota. Wolę ja zabrać się do mojej machiny, a gdy ją wykończę...
Na twarzy córki ukazał się wyraz niespokojnego oczekiwania. Starzec dostrzegł to i mówił dalej:
— Ty znowu myślisz, że ja bredzę? Ale nie bój się, mnie to już nie drażni, a nawet i nic nie obchodzi. Jedno dobre słowo wystarczy za wszystko, a dobre słowo powiedzieli mi tam, ot widzisz, tam, w pałacu. Wy teraz gadajcie sobie, co chcecie.
Począł chodził po izbie.
— Obiecał, że przyjdzie do mnie i że mnie poproteguje, bylem skończył. A ja skończę, o, skończę!
— Żeby choć przyszedł — szepnęła córka.
— Skończę — ciągnął Hoff — i powiem mu tak: Panie, mam panu coś zakomunikować. My, jak pan nas widzisz, jesteśmy bardzo ubodzy...
Mówiąc to, ukłonił się.
— Źli ludzie chcą nam ten oto plac i dom wydrzeć. Ratowałem go, dopóki sił starczyło, boć to przecie posag Heluni... Ale teraz wy musicie mi dopomóc!