Strona:PL Bolesław Prus - Opowiadania wieczorne.djvu/016

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Moja.
— I rybki tam są?
— Doprawdy, że nie wiem! — odparł zakłopotany gość.
— Co? co? Wandziulku? — spytał dziadek.
— Pan, proszę dziadunia, mówi, że nie wie, czy są rybki w sadzawce.
— Patrzaj! — wykrzyknął dziadzio, prowadząc dalej ćwiczenia wodne.
Gość siedział jak na szpilkach.
— Pan się nudzi u nas?
— Czasu nie mam... to jest...
— Proszę dziadunia, pan chce wyjść!
— A, nie pozwalaj, dziecko! Ja w tej chwili będę gotów do usług. Ot i jestem!
Jednocześnie otworzyły się drzwi tajemnicze, i ukazał się w nich dziadek, rzeźwiejszy niż poprzednio.
— Pan doprawdy chce już uciec?
— Muszę... to jest... — odparł gość, wstając z fotelu.
— To być nie może, żeby pan wyszedł, nie poznawszy talentów mojej Wandzi. Wandziuniu, bierz się za kółka i machaj kozła!
— Ależ, dziadziu!...
Teraz dopiero Hoff dostrzegł, że w drugim pokoju były przytwierdzone do sufitu dwa grube sznury, a na nich wielkie pierścienie, do których dziadek gwałtem przyprowadził wnuczkę.
— No, Wandziuniu... raz! dwa!... kozła naprzód!
Zarumienione jak wiśnia dziewczątko, machnąwszy kozła naprzód, chciało uciec, lecz zatrzymał je dziadek nową komendą:
— Kozła wtył... raz! dwa!
— Mój Boże! — uśmiechnął się Hoff, którego oryginalna rodzina poczęła interesować.
— A teraz ja! — rzekł dziadek, szybko zrzucając cza-