Strona:PL Bolesław Prus - Opowiadania wieczorne.djvu/011

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Wandziu!... Wandziuniu!... Wandeczko! — wołał z przerwami basowy głos, zdradzający silne zmęczenie.
Jednocześnie błysnęła w pokoju łysina, po niej żółte nankiny, po nich para kolorowych skarpetek, i rozległ się głuchy łoskot niby upadku.
— Wandziuniu!... — powtórzył głos z tak szczególną intonacją, jakby na gardle osoby, wydającej go, próbowano wytrzymałości powrozów.
— Słucham dziadunia! — odpowiedział z głębi mieszkania głosik dziewczęcy.
Łysina, nankin i kolorowe skarpetki przemknęły w oknie kilka razy raz po raz, poczem znowu rozległ się łoskot.
— A daj tam, koteczku, Czwartek! — wyjęczała osoba, tytułowana dziaduniem.
— Czy tytuń dziadzio ma?
Tym razem nankin i skarpetki uformowały w oknie figurę, podobną do wideł — poczem znowu nastąpił upadek, o wiele cięższy niż poprzednio.
— A... zdrowo!... Janek, Janek!... a nalej wody w prysznic... Podaj ciebie, jakaś ty roztrzepana, Wandeczko!
— Dlaczego, dziadziu? — spytało dziewczę.
— Jakże dlaczego? Ja kazałem Czwartek, a ty przyniosłaś Piątek. Czwartek przecie jest wiśniowy, ze spiczastym bursztynem. Wstydź się!... Ooo! zdrowo!...
— A tak, dziaduniowi zdrowo, a ja się ciągle boję, żeby się co złego nie stało... Dziaduś taki gruby i takie koziołki wywraca!
— Gruby, powiadasz? No, więc kiedy taki gruby, to bierzże się, ty cienka, za kółka i machaj!...
— Ależ, dziaduniu!...
— Machaj, powiadam!...
— Ależ, dziaduniu... moje ubranie!
— Machaj, ty cieniutka, machaj!...
Po tych słowach mignęły w oknie ciemno-blond loki, za