Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 03.djvu/274

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


żona, przed nimi mała sosenka — niby dziecko, a za nimi krzak jałowcu — niby piesek…
Wjechaliśmy na szczyt wzgórza, a jednocześnie rejent zawołał:
— Patrzaj!… patrzaj!… kogo tam widać?…
— Jakieś dwa idą, z miejska odziane — odparł niechętnie furman.
— Jędrek, pilnuj się!… — wrzasnął rejent. A potem rzekł do mnie zniżonym głosem:
— Miej pan rewolwer w pogotowiu… Nie podobają mi się tamci dwaj…
— To nasz rzeźnik i organista… — wtrącił furman, przypatrzywszy się uważniej.
— Nie łżyj Walek… nikt ci za to nie zapłaci… — ofuknął rejent.
— Przecie nie łgam… Rzeźnik i organista…
— Ich szczęście — mruknął rejent, ściskając krótki rewolwer dużego kalibru.
Dwaj podejrzani o niebezpieczne zamysły minęli nas i nietylko przywitali życzliwie, ale nawet uśmiechnęli się.
— Nareszcie!… — zawołał rejent, uderzając się w kolano. — Już i las się kończy. A ja tam zawsze będę dziękował Bogu, że obeszło się bez awantury…
— Co ta mogło być!… — mruknął furman.
— Nie pyskuj Walek, kiedy cię nie pytają — krzyknął rozweselony rejent.
— Ale pan rejent z Dzięglem jest znowu w dobrych stosunkach — odezwałem się.
— Stara znajomość, nie byle co ją zerwie — odpowiedział rejent. — Byłbym przysiągł, że któremu z tych dwóch gałganów będę musiał strzelić w łeb!…
Niedobrze jest z poczciwym rejentem… — pomyślałem i rzekłem głośno: