Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 03.djvu/261

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


jenka… obórka… A ten krzyż mchem porośnięty… Przed wrota wychodzi jakiś człowiek w kurtce i czapce z daszkiem; pewnie właściciel… Twarz surowa, ale rozumna i energiczna… Co prawda, w chwili nieszczęścia wolę mieć do czynienia z surowym, lecz energicznym, aniżeli z uśmiechniętym mazgajem.
— Niech będzie pochwalony, gospodarzu! — odezwałem się głosem, który wypowiadał wszystkie moje cierpienia i nadzieje.
Chłop coś odmruknął, ale nie wiem co.
— Potłukłem się — ciągnąłem dalej — zepsuł mi się wózek i przychodzę prosić was o pomoc…
— Ja ta nie umiem wózka naprawiać — odparł gospodarz.
— Ale mi wynajmiecie konie do stacji kolejowej. Podobno stąd jest dziesięć wiorst?…
— I koni nie wynajmę.
— Jakto?… — zapytałem zdumiony. — A gdzież ja pójdę?…
— A idź se pan, gdzie chcesz…
— Jakto?… Więc zostawilibyście na środku drogi, bez ratunku, podróżnego… rodaka… brata?…
— Jaki ja panu brat, taki będzie ratunek — odpowiedział chłop twardym głosem. Zawrócił się i wszedł do chałupy.
Rany boskie!… — pomyślałem — a tom trafił!… Ależ to zbój… na czole ma napisane, że zbój…
Mimowoli sięgnąłem do rewolweru. No, gdyby mnie teraz zaczepił, wybije ostatnia godzina dla niego, albo dla mnie… A to bydlę!…
Z chałupy wyjrzała kobieta i zdawało się, że patrzy na mnie raczej życzliwie, aniżeli niechętnie. Kto wie, czy gdybym do niej zwrócił się, nie otrzymałbym koni i nawet czegoś do zjedzenia?… Ale nie!… Raczej usiądę przy szosie i będę czekał, choćby do wieczora, na jaki przejeżdżający wóz, aniżeli skorzystam z usług tego bandyty. Niech gałgan