Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 03.djvu/227

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Tymczasem okolica zmieniła się. Na prawo od szosy, zdaleka, widać w szczerem polu kilka budynków gospodarskich; na lewo, tuż przy szosie, jakiś gaj. Jednocześnie zaleciał mnie dziwnie miły zapach, ale tak delikatny, że nie umiałem go określić.
Co to może być?… — pomyślałem, ale w tej chwili zapach zniknął. Może go wcale nie było?… Owszem, jest znowu… Naturalnie, że jest to woń jakichś wiosennych kwiatów, ale jakich?… Znowu zgasł…
A jednak ja tę słodką woń znałem, pamiętam ją z czasów dzieciństwa, które zeszło mi na wsi… Boże, jaki ja wtedy byłem szczęśliwy i jak żywo przypomniały mi się tamte lata!… Ale co to za zapach?…
Jestem pewny, że ogniskiem zapachu jest tamten gaj, na lewo od szosy. Ileż to stąd może być?… Niechby dwie wiorsty, więc wielka rzecz!… No, ocknijże się panie Fitulski!… nie można być zawsze niedołęgą… Poznaj bliżej tamten gaj i ten dziwny zapach… Konwalja… nie konwalja?…
Jazda!… Pomimo, że droga lekko wznosi się, znowu popędziłem jak strzała. Kiedy człowiek siadł na rower, nie może wlec się jak sparaliżowany…
W miarę zbliżania się do kępy drzew, zapach coraz silniej czuć było w powietrzu. Ależ naturalnie, że ja go znam: to pachnie czeremcha, stara przyjaciółka naszego wiejskiego domu, której od tylu lat nie widziałem! Gaj wprawdzie leży o setkę kroków od szosy, przy drodze piaszczystej i niewygodnej, ale ktoby zważał na podobne drobiazgi.
Znowu trzeba było zsiąść z roweru i pieszo przebrnąć ławicę piasku, poza którym znajdował się las, a raczej zbiegowisko ogromnych sosen, lip dziwacznie powyginanych, szerokopiennych wierzb z najeżonemi głowami, nawet dębów. Miałem wrażenie, że jestem na jakimś rynku, kędy zeszły się drzewa z różnych okolic, ażeby zobaczyć kwitnięcie jabłoni, grusz i wisien. Istotnie w głębi gaju było widać kilka czy-