Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 03.djvu/220

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


siebie, ażeby nie wpaść na świeży szaber, którym szosę tu i owdzie połatano, zatopiłem się w smutnych rozmyślaniach.
Cóżto za dzicz zamieszkuje najbliższe okolice Warszawy!… Kilkunastoletnie draby, zamiast pracować w warsztatach, bawią się w konie i w wojsko, a całe gromady dzieci, zamiast uczyć się, biegają po ulicach, obryzgują błotem ludzi spokojnych, albo na współkę ze swemi rodzicielkami, w biały dzień, na środku gościńca, rabują chłopów!… Niejednokrotnie słyszałem o podobnych łajdactwach; ale dopiero kiedym je zobaczył na własne oczy, zrozumiałem, jak straszna demoralizacja panuje na naszych przedmieściach.
Biedny chłop, on także — jak sam powiedział — ma kogo żywić… Co za szkoda, że nie oddałem mu bułek i szynki, ażeby choć w części wynagrodzić…
Nagle błysnęła mi pyszna myśl, prawdziwe natchnienie!… Gdyby na tem przedmieściu założyć ochronę, małe dzieci nie tułałyby się po ulicach, nie oswajałyby się z widokiem przestępstwa — i w rezultacie podniosłaby się moralność ogółu.
Cudowna idea!… Jak tylko spotkam zacną panią Ulińską, zaraz opowiem jej wypadek z błotem i z kartoflami i namówię, ażeby w tamtej okolicy postarała się otworzyć ochronę. Zacna kobieta, która tak mało potrzebuje dla siebie i jest niesłychanie wytrwała, z pewnością urzeczywistni mój pomysł. Ochrona… tak — ochrona!… I to koniecznie w tem miejscu, gdzie łobuzy ochlapały mnie błotem… Później możnaby założyć drugą, tam gdzie kradli chłopu kartofle.
Tymczasem leciałem po gościńcu jak sokół po niebie. Ale przypomniawszy sobie po dziesięciu minutach wściekłej jazdy, że kochany doktór nie pozwolił mi męczyć się, wstrzymałem rower i usiadłem pod topolą, obok szosy. Nie było kurzu, wozy pokazywały się rzadko, więc mogłem puścić wodze marzeniom.
I otóż zupełnie pomimo mej woli, przyszło mi na myśl, że jednak mam dziwnie poczciwe instynkta… Choćby na-