Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 03.djvu/189

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


argument służącego musiał być przyjemny, pan bowiem wrócił uśmiechnięty na swoje krzesło i przesiedział na niem spokojnie około dwóch minut. Zaś tęgo zbudowany jegomość z pod lustra, opowiedziawszy sąsiadom, w jaki sposób będą leczeni, zaczął zkolei opisywać im swoje własne, nic nie znaczące dolegliwości. Nie miał on trochę władzy w prawej ręce i prawej nodze, nie słyszał cokolwiek na prawe ucho i niekiedy doznawał lekkich zaćmień w prawem oku. Wszystko to zawdzięcza doktorom, co nie poznali się na jego niedyspozycji, która zresztą niebawem skończy się, ponieważ teraz właśnie trafił na dobrego lekarza.
Towarzyszący mu młodzieniec, Edward, był coraz więcej zaniepokojony.
Ponieważ znudziło mnie gadulstwo pana tęgo zbudowanego i nerwowa bieganina jegomości z powichrzonemi włosami i senna twarz jakiejś damy, drzemiącej na fotelu, więc zacząłem przeglądać album krajobrazów. Naprzód obejrzałem jakiś stary młyn, otoczony zielonością, a znajdujący się u wejścia do ciemnego wąwozu i — obudziła się we mnie chętka zwiedzenia tego wąwozu, który musiał być chłodny i przyćmiony. A jakby tam zdrzemnąć się można!… Potem zastanowił mnie widok jakby z Saskiej Kępy: las odgrodzony płotem od łąki, na której pasło się kilka krów. Ach, jakże radbym przejść się po tej łące i po tym lesie, wyszukać mały, malutki pagóreczek, wyciągnąć się na trawie… Albo ten park w nocy: na lewo słup z kompasem, wgłębi dwór śpiący, na pierwszym planie droga zasypana liśćmi… Smutek ścisnął mi serce, ale jakkolwiek przykry, milszym mi był od wspomnień, bezsenności i obaw, ażeby nie dostać bzika.
Ani się spostrzegłem, kiedy pacjenci jeden po drugim wysunęli się z poczekalni, a nareszcie i mnie lekarz wezwał do swego gabinetu.
Doktór był to człowiek szczupły, z twarzą ascety i łagodnem spojrzeniem, na dnie którego zapalały się niekiedy iskry