Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 03.djvu/145

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    ukryta dama. — No, stary! odezwijże się... Przecież ci gęby nie zaklajstrowało...
    — Rozumie się, żem był szlachcic... Pocięglowicz z przeproszeniem, od stworzenia świata...
    I majster ukłonił się sam sobie.
    — O tem nie wątpię — odpowiedział Koński. — Całe zachowanie się pańskie przekonywa mnie, że mam do czynienia z człowiekiem dobrze urodzonym.
    — Nieżywym się urodził, coprawda! — mruknął majster.
    — Głupiś! — krzyknęła majstrowa. — To przecież nie znaczy, jakeś się urodził, tylko żeś z porządnego domu...
    Mówiąc to, przedstawiła obecnym swój nakazujący szacunek ciałokształt, ubrany dość pretensjonalnie, lecz o ile się zdaje odżywiany troskliwie i z wielką znajomością rzeczy. Wszedłszy do warsztatu, zmierzyła Końskiego od stóp do głów i na piękny jego ukłon odpowiedziała nader przyjemnym uśmiechem.
    — No to dobrze — rzekła — stary pana przyjmie.
    — Ale pan zapłaci sto rubli! — wtrącił spiesznie majster, biegły w kwestjach finansowych.
    —Panie Pocięglowicz! wszakże ja to robię dla idei... Ja chcę podnieść rzemiosło!...
    — Spuść stary dziesięć rubli — wtrąciła majstrowa.
    — O moich planach wszystkie pisma wspominały.
    — Pisma? — rzekł majster, skrobiąc się w głowę. — Kiedy pisma, to nie będzie mniej, jak sto pięćdziesiąt rubli...
    — No, sto czterdzieści możesz dla pana... — szepnęła majstrowa. — To jakiś optyczny chłopak.
    — Sto czterdzieści, a do tego wkupne i wykupne. Przecie mi pan nie będzie wody nosił bez ten rok — zauważył majster.
    — Ale zato musi pan chodzić ze mną i z Magdusią do teatru! — dodała prędko pani.
    — I ani w łeb, ani za ucho przecie... To niby z panem nie idzie...