Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 03.djvu/113

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


niech szewc pilnuje kopyta. Co innego muzyka, co innego chemja. I wierz mi pan, mimo całą potęgę dzisiejszej nauki, że prawdopodobniejszem jest wytworzenie się rasy ludzi mających naprzykład skrzydła, aniżeli wynalezienie metalu lżejszego od powietrza.
Młodzi przyrodnicy, którzy, zamiast uczyć się znanych własności wodoru, plotą bajki o fantastycznym hydrometalu, poprostu mącą ludziom w głowach.
— Proszę doktora — spytał zmieszany muzyk — a skądże medjum z taką pewnością opowiada o tak niezwykłych rzeczach?
— Z bardzo wielu przyczyn — odparł doktór. — Naprzód jest to chłopak, mający pewne literackie zdolności, po wtóre — naczytał się powieści Jules Verne’a, po trzecie trochę połapał chemji i na jej temat musi niekiedy fantazjować ze swymi kolegami. A po czwarte znał Juljana, bardzo go lubi i nawet on jeden z całej familji widział go przed pięcioma laty w Paryżu. Zmieszaj pan to wszystko, a będziesz miał treść dzisiejszych wizyj, które nas tak dziwią.
— Więc hydrometal?...
— Hydrometal jest tem samem dla chemji, czem perpetuum mobile dla mechaniki — zakończył doktór.
Rozmowa ucichła, ponieważ magnetyzer znowu otworzył drzwi buduaru i rzekł:
— Teraz medjum opowie nam dzieje brata szanownej gospodyni od roku 1880 do roku 1900-go...
— Tysiąc dziewięćsetnego! — westchnął nieśmiały młodzieniec.
— Tak — odpowiedział magnetyzer. — Sztuka nasza umie niekiedy uchylać zasłonę przyszłości.
— Choć do tej pory nie objaśniła jeszcze magnetyzera, kiedy wykupi swoje rewersy — szepnął doktór.
Posiedzenie zaczęło się.