Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 03.djvu/097

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


mego nie wspomni jutro nawet stróż domu, jeżeli dziś się wyprowadzę. Czemże jestem wobec miernego aktora, na którego zwracają się wszystkie oczy, a każde ucho z wytężeniem śledzi najsubtelniejszą zmianę jego głosu.
Westchnął i po chwili mówił dalej zmęczonym głosem:
— Chodząc znowu po ulicy, alboż raz słyszałem: „Patrzcie — oto Gambetta!...“ — „Widzicie, jak mocno trzyma się stary Lesseps!“ — poczem nieujęte echo mówiło do mnie: „Ale ty jesteś niczem!...“
Wreszcie — każdy numer dziennika przypomina mi, że na tym ruchliwym świecie więcej znaczy złodziej, który wyłamał drzwi do sklepu, aniżeli ja, który napróżno kołaczę do zamkniętych dla mnie wrót sławy.
Oczy podsłuchującego starca gorączkowo błyszczały.
— A może myślisz — kończył nieco weselej Juljan — że nie potrafiłbym lepiej niż wy kochać i pieścić kobiet? Cóż mi jednak po tem, skoro każdą z nich, obdarzoną bystrzejszym umysłem, wyrwie mi z objęć lada cień sławnego człowieka. Bo kobieta rozumna jak motyl szuka przedewszystkiem blasku. Dla sławy zapomni o sobie, ale bez żalu opuści taką jak ja nicość, choćbym zamiast serca nosił w piersiach wulkany.
Naudier podniósł się z krzesła.
— Widzę — rzekł — żeś zupełnie oszalał. Tak cię już opanowała manja sławy, że posądzasz o nią nawet niewinne kobiety, z których każda, na mój honor, woli czerstwość młodego studenta, aniżeli genjusz Newtona i Leibnitza w wiotkiem ciele.
Bądź zdrów — dodał — a gdy skończy się twój paroksyzm, przyjdź do drugiej sali, gdzie czekamy na ciebie z Żanetą i Niną. Wyjdziemy razem na bulwary.
Wesoły gość, nucąc jakąś aryjkę, zniknął w ciżbie, a Juljan dopił konjak i zapłaciwszy kelnerowi, z goryczą i wsty-