Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 03.djvu/079

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Podły!... — mówił, strasznie patrząc na niego. — Podły!... bij się ze mną, albo... nogami cię zadepczę!...
— Dobrze! — odparł zuchwale kasjer, z wielką siłą wydzierając mu się z rąk. — Dobrze!... będę się z panem bił za takie zniewagi...
— Tu... w olszynie będziesz się bił!... — mruczał nauczyciel i przypadł do brata.
— Władku — zawołał — wstawaj!... Zbierz na kilka minut siły i wyjdź z nami.
Nagle odwrócił się — kasjera nie było w pokoju.
— O, nie uciekniesz! — roześmiał się.
Pochwycił kij i czapkę i wyszedł na ulicę tak silnym krokiem, jakgdyby mu ze trzydzieści lat ubyło.
— Gdzie mama, Antku? — spytał brat. — Idź za mamą... Idź zaraz!... — dodał niespokojnie.
Na podwórzu nie było mamy, ale powiedziano mi, że poszła do ogrodu. W ogrodzie także jej nie było, lecz gdy zbiegłem na dół, zobaczyłem, że przez łąkę idzie w stronę jaru. Dopędziłem ją.
— Dobrze, że tu jesteś — rzekła matka, dysząc ze zmęczenia.
Mocno ujęła mnie za rękę, i tak szliśmy oboje w kierunku pustej chaty.
Deszcz padał, mgła zgęstniała jeszcze bardziej. Przy pochmurnym dniu ledwie mogłem rozpoznać wąwozy i krzaki, między któremi niegdyś wymykałem się do pustelni nieszczęśliwego starca. Serce ścisnęło mi się, kiedym przypomniał sobie te słoneczne dnie, te roje ptaków i siebie samego, jak z ręką na pałaszu podkradałem się — o, tu...
Usłyszeliśmy szmer znajomego mi potoku, i nagle zatrzymaliśmy się oboje. Ktoś prędko szedł ku nam. Kamyki staczały się ze wzgórza, a tuż za niemi ukazał się ów chłopiec, który służył u starca i odprowadził go od nas wtedy, w czasie zawiei.