Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 03.djvu/060

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Kiwnął głową.
— Dużo wojska... dużo!... — mówiła matka. — Szli z trzech stron...
Nauczyciel uśmiechnął się.
— Wszystko dobrze!... — odpowiedział.
Wesołość jego wpłynęła na mamę.
— No, Antoś, a my siadajmy do roboty. Powiedz deklamacją.
Zacząłem:

W noc księżycową, na cecorskiem błoniu,
Gdzie Żółkiewskiego spotkał los okrutny,
Jechał Sieniawski odważny i smutny.
Niebieskie oczy serce mu zraniły
I swą srogością...

W tej chwili w pokoju drgnęły szyby.
— „Niebieskie oczy — powtórzył nauczyciel — serce mu zraniły i swą srogością spokoju zbawiły.“ Czemu nie kończysz?
Szyby drgnęły powtórnie.
— „Niebieskie oczy...“ Czemu nie kończysz?...
Szyby drgnęły dwa razy raz po raz.
— Na co się gapisz? — spytał nauczyciel. Widocznie nic nie zauważył.
— Ktoś chodzi po strychu — odparłem, zmieszany nie pytaniami nauczyciela, ale tym odgłosem, jakiego jeszcze nie słyszałem.
— Chodzi po strychu? — powtórzył nauczyciel, podnosząc głowę.
Szyby znowu zadrżały.
— Nie, to nie na strychu — rzekłem — to coś zrzucają...
— Co? gdzie?... Tobie się marzy?...
— Przecież okna drżą...
Nauczyciel zerwał się z krzesła przerażony.