Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 03.djvu/054

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Dokąd?... Zostają inni, zostaniemy i my. Co nas ma spotkać, niech spotka na miejscu. Niewiadomo, czy uciekając przed imaginacją, nie trafilibyśmy na nieszczęście.
Pan kasjer pobladł.
— To prawda, to prawda — rzekł. — Ha, więc i ja zostanę.
Pożegnał mamę, lecz wrócił się ode drzwi.
— Jednakże dzisiaj możnaby jeszcze znaleźć wolną drogę... Kto wie, czy nie wyjadę...
Nagle — machnął zaciśniętą pięścią i tonem wielkiej energji dodał:
— Zresztą — pal djabli!... Zostanę. Raz kozie śmierć...
Ale na ganku znowu widać opuściła go energja, i z miną bardzo zafrasowaną oglądał się na wszystkie strony.
Dziwna rzecz, te wątpliwości kasjera obudziły we mnie złowrogie przeczucia, jakgdyby od jego pozostania w mieście zależało czyjeś życie. Byłem tak zmieszany, że pomimo nieśmiałości zapytałem matki:
— Moja złota mamo — co to będzie?...
Nadspodziewanie, matka, zamiast ofuknąć, pogłaskała mnie i odpowiedziała spokojnie:
— Nic nie będzie, moje dziecko, nic. Weź się do książki i nie rób takich wielkich oczu, bo będą śmiać się z ciebie jak z pana kasjera.
Słowa te odrazu mnie uspokoiły. Rozejrzałem się. W kuchni, jak zwykle, krzątają się około obiadu, na dziedzińcu chłopiec rąbie drzewo, ogród kipi śpiewem ptaków, a z nieba leją się potoki wiosennego światła.
„Co tu nabijać sobie głowę jakiemiś strachami?“ — pomyślałem, i zamiast do książki — wziąłem się do robienia wózka.
W duszę zaczęło mi napływać majowe ciepło, szelest drzew, zapach kwiatów... Chwilami odkładałem nabok wózek, ażeby przypatrzeć się mrówce, zwolna przechodzącej z trawy na trawę, albo, schwyciwszy rękoma za gałąź, huśta-