Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 03.djvu/051

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Ale w tej chwili czytaliśmy jego nominacją... — zawołał.
— Na osła dardanelskiego! — odparł gniewnie nauczyciel.
— Mógłbyś się pan nareszcie do niego przekonać... — wtrącił pocztmajster i machinalnie uderzył pięścią w stół, jakby przybijając stempel.
— Nie mam przekonania do dyrektorów kocich muzyk!... — krzyknął nauczyciel. — Nie lubię błaznów, a jego szczególniej, choćby miał nominacją, wypisaną na własnej skórze.
Od tej pory pan kasjer pokazywał swój dokument paniom i pannom, a nawet mnie. Przed mamą skarżył się na ciężar władzy, a do mnie raz powiedział:
— Szczęśliwe dziecko, nie znasz, co to jest odpowiedzialność i troska o wszystkich.
— Wielkich trosk to chyba pan nie ma — zauważyła mama. — Nic pan nie robi, z nikim się nie widuje...
Pan kasjer, jak zwykle, usiadł naprzeciw lustra.
— Bah! — rzekł z westchnieniem, podgarniając palcami włosy. — Co to jest, proszę pani, wciąż myśleć, że tam są głodni, tam źle odziani, tam nieuzbrojeni. Że tu mogą wywieźć, tu spalić, tu pozabijać!... Bać się o wszystko i o wszystkich, słowo honoru — to nad siły człowieka!...
— Więc pocóż się pan tak boi? — spytała zdziwiona mama.
— Ja się nie boję! — skoczył pan kasjer na krześle — ale troszczyć się o innych to mój obowiązek... Któż mnie zastąpi?...
Z panem Dobrzańskim wcale nie rozmawiali.
Tymczasem nadeszła wiosna, a mnie poczęła ogarniać nieokreślona tęsknota i ciekawość. Czy wstawałem, czy kładłem się spać, zawsze zdawało mi się, że usłyszę, a może zobaczę coś niezwyczajnego. Co to miało być? — nie wiem, lecz jestem