Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 02.djvu/246

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


dzieli wyszedł aleją Jerozolimską aż za rogatki. Na widok pól już zieleniejących się uczuł, że w jego zdrewniałem sercu budzi się tęsknota do rodziny. Tego dnia napisał do żony tkliwy list i — nagle przyszło mu na myśl — że byłoby dobrze odwiedzić ją choć... na Boże Narodzenie!
Tak jeszcze daleko, ale i cóż, kiedy na wyjazd nie miał pieniędzy i musiał dopiero wynaleźć źródło nowego dochodu.
Odtąd jakby nowy duch wstąpił w pana Karola. Nie siedział już w swej izbie, ale wieczorami wymykał się do miasta, szukając pracy. Jakoż wyrobił sobie, z niemałym trudem, to, że mu od czasu do czasu spadało do przepisania jakieś parę arkuszy i — parę złotych do kieszeni.
Innym razem, gdy nie miał pisaniny, kupował angielską bibułkę, pokrywał ją rysunkami (bo umiał trochę rysować) i następnie układał z takich arkuszy umbrelki na lampy. Te wyroby brał jeden znajomy mu dystrybutor i sprzedawał ich niemało, po czterdzieści groszy sztukę.
Tak pracując, zebrałby pan Karol do Bożego Narodzenia kilkanaście rubli, gdyby nie — nadzwyczajne wydatki. Raz musiał sobie kupić buty, drugi raz kilka perkalowych koszul i — pieniądze po trochu topniały...
Mimo to żył po ludzku, czuł jakąś nadzieję, czegoś pragnął. Termin wyjazdu był jeszcze daleki, ale pan Karol miał już cierpliwość człowieka, nad którym los się pastwi, więc — czekał, sprzedawał węgle, przepisywał akta sądowe i robił umbrelki.
Tylko raz w nocy zerwał się nagle z twardego snu. Zdawało mu się, że to nie może być, ażeby on tak już dawno nie widział żony i dzieci, ażeby tak był od nich daleko. Chciał gdzieś biec, kogoś wołać, coś odepchnąć... Wtem wyciągnięta ręka uderzyła o niski sufit budy i pan Karol oprzytomniał.
— Już tylko miesiąc! — szepnął.
Ale sen odbiegł go. Samotnik wstał, zapalił lampę i wziął się do roboty umbrelek.