Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 02.djvu/215

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


nadmiar poetycznej twórczości spędza mi sen z powiek, kładę się do łóżka i mówię półgłosem:

Ileż cię razy dźwiękami lutni
Budziłem i do snu kładłem!...
A ty smutniejsza niż ludzie smutni
Za nowem biegłaś widziadłem...

Nigdy jeszcze nie było wypadku, ażebym nie zasnął, powtórzywszy tę strofkę dwa, a najwięcej trzy razy.
Ponieważ nauka liter z elementarza, jako czysto mechaniczna, okazała się dla zdolności moich szkodliwą, więc mama uczyła mnie liter na utworach poetycznych.
Ale i ten system nie był dla mnie odpowiedni.
Gdy pokazywano literę, ja pytałem o wyraz — gdy objaśniano wyraz, myślałem o zdaniu, a nim wytłomaczono mi zdanie, zapominałem litery. Ledwie w dziewiątym roku udało mi się o tyle opanować wyobraźnią, że patrząc na wyraz: człowiek, nie wymawiałem go: cokolwiek.
Zato na naukę pisania mama nie kładła zbyt silnego nacisku, sądząc, że gdy zostanę wielkim poetą, będę mógł przyjąć sekretarza, obeznanego z rzemiosłem przyoblekania myśli w materjalną formę.
Po śmierci mamy (miałem wtedy lat dwanaście), główną moją opiekunką została ciocia Femcia, której dodano za współopiekuna dalekiego krewnego. Opiekun troszczył się przedewszystkiem o dobre umieszczenie moich kapitałów, w kwocie pięćdziesięciu tysięcy złotych.
Gdy się zaś z tem załatwił, zaczął wtrącać się do mego wychowania.
Pamiętam gwałtowną scenę, jaka wybuchła między nim i ciotką z powodu jego szorstkości i dzikich poglądów.
Był wieczór. Leżałem już w łóżku, a w drugim pokoju opiekun naradzał się z ciotką Femcią. Ponieważ udawałem, że śpię, rozmowa więc, z początku cicha, stała się głośną.