Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 02.djvu/207

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


dzwonienie ciche, delikatne. Nastała przerwa, dzwonek po raz drugi zaczął się chwiać i znowu zadźwięczał — jeszcze delikatniej.
„Złodziej!“ — pomyślał pan Paweł, nie ruszając się.
Było mu tak przyjemnie na sprężystym szezlongu, że nie drgnąłby, gdyby go zbójcy napadli.
Dzwonek znowu zachwiał się.
„Nie, to nie złodziej. To ktoś, co nieśmiało drzwoni. Pewnie jaki nieszczęśliwy interesant... Niech go licho porwie!...“
Znowu zadzwoniono.
„Kto załatwia interesa na taką zawieruchę? — myślał pan Paweł. — Zapewne ktoś będący w wielkim kłopocie. Ale jaką ja mu dam radę, kiedy mi się tak spać chce?...“
I znowu zadzwoniono.
„Ten nudziarz musi mieć djabelnie ważną sprawę, naturalnie własną; bo gdyby o mnie chodziło, dzwoniłby jak na Wielkanoc.
„Boże! jak mi się spać chce... Jakim ja znużony!... Dałbym mu dziesięć rubli, żeby sobie poszedł...“
Ale ponieważ interesant nie odszedł, a pan Paweł miał dobre serce, więc zakląwszy w duchu na czem świat stoi, podniósł się i otworzył drzwi.
Na progu stał jego znajomy — pan Gaweł — ubrany (na taką zawieruchę!) w lekki paltot i szapoklak. Zobaczywszy pana Pawła, gość otrząsnął się ze śniegu jak pies i pokornie zdjął kapelusz. Ręka, którą podał Pawłowi, była zimna, zmoczona śniegiem, skostniała.
Pan Paweł wprowadził Gawła do salonu; gdy zapalił świecę, spostrzegł, że przybysz ma ubranie podszarzane, twarz chorą, a w oczach rozpacz.
Pawłowi ścisnęło się serce. Pomyślał, że jego znajomy musi być w wielkiej biedzie i że trzeba mu dać kilkanaście rubli. Zrobiwszy tak szlachetne postanowienie — ziewnął i obejrzał