Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 02.djvu/154

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Istotnie na ganku drugiego piętra zaczęła się... kłótnia między praczką i służącą.
— To nasz sznur! — krzyczała jedna. — Kupiłam go w maju, był nowy, taki sam... Dwa razy przechodził przez górę...
— A ten i razu nie przejdzie! Co mi tu pani będzie złodziejstwo zadawać?...
— Nie przejdzie, boś go pani napół rozcięła....
— Więc ja pani ukradłam?... O, żeby mnie i panią nagła śmierć... jeżeli to prawda!...
— Głupiaś pani! Żeby panią za każdy statek ukradziony śmierć spotykała, tobyś już na drugi dzień po urodzeniu smołę gorącą chlała w piekle!...
Baby krzyczały tak, że aż się dom trząsł.
— Cicho tam... — wrzasnął Robek przez okno.
Baby nie zważały na niego, prowadząc dalej swoje. Wówczas zdesperowany gospodarz wybiegł z pokoju i podążył na górę.
Wkrótce po jego wyjściu usłyszano krzyk jeszcze większy, a potem gwałtowne zatrzaskiwanie drzwi i zamków. Niebawem Robek wrócił zirytowany jak Belzebub.
— Graj pan, panie Wioliński!... teraz już jest cisza!... — wołał nieugięty gospodarz.
Major podniósł brwi.
— Kochany Józiu!... — rzekł.
— Kochany Ignasiu!... — przerwał Robek — tylko się nie irytuj. Jak cię poważam, niema o co!
— Ależ ja się nie irytuję...
— Uspokój się... panuj nad sobą!... — błagał Robek.
— Chcę ci coś powiedzieć...
— Dobrze, ale później!... Teraz ochłoń trochę...
Major jeszcze raz ruszył brwiami i usiadł.
— Graj pan! — szepnął Robek do Wiolińskiego — bo major wściekły... Ledwie go powstrzymać można od wybuchu!