Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 02.djvu/111

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Ratunku! — jęknęła pani Janowa.
Porwał się ze snu pan Jan i zapaliwszy świecę, wybiegł do sieni. Tam spotkał żonę, prawie obłąkaną ze strachu.
Dużo czasu upłynęło, nim ją zdołał otrzeźwić, bo we dworze nie było nikogo ze służby. Wreszcie przemówiła:
— Ktoś chciał ukraść szkatułkę, ale ją rzucił na ziemię...
— Więc byłaś tam?...
— Byłam!... Przynieś ją, leży niedaleko kredensu...
— Więc byłaś?... I jeszcze o niej myślisz?...
— Myślę o niej — mówiła gwałtownie — bo to majątek naszych dzieci: Władzia i tego, które przyjdzie na świat...
— Więc ty nie lękasz się swego czynu strasznego, tylko tego, że ktoś mógł ukraść szkatułkę?... W takiej chwili, kiedy mogłaś życie utracić? — pytał przerażony mąż.
— Twoje to niedołęstwo doprowadziło mnie do tego! — mówiła, dygocząc ze wzburzenia. — Uległeś kaprysowi starości, skąpstwu...
— Milczże przynajmniej wobec śmierci!
— Nie będę milczeć!... Całemu światu powiem, jaki jesteś ojciec i mąż!... Uległość dla zmarłych, którzy już niczego nie potrzebują, zrobiła cię głazem dla żyjących... Doprowadziłeś mnie do tego, żem musiała postawić na kartę życie, aby uratować majątek, który skąpstwo oddało na pastwę złodziejom!... Przynieś szkatułkę, albo sama drugi raz pójdę po nią i będziesz miał odrazu dwa... trzy pogrzeby... Słyszysz?... Trzy!...
Zaciekłość kobiety miała taką siłę, że pan Jan nie mógł już się jej oprzeć. Zgnębiony wyszedł i po chwili powrócił ze szkatułką.
— Masz! — rzekł, kładąc ją na łóżku. — Sama otwórz i zabierz wszystko, co tam jest, dla siebie. Ani ja, ani dzieci korzystać...
— Podaj mi klucz! — przerwała rozgorączkowana. — Gdy zobaczysz sto tysięcy, przemówisz inaczej...