Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 02.djvu/054

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Hipolit w okamgnieniu rozproszył jego obawy, kładąc na stole odpowiednią ilość wizerunków tęczowych i rachunek, z którego okazało się, że ludzie dobrze urodzeni umieją płacić procenta nietylko za miesiące, lecz i za doby.
— Czcigodny panie Hipolicie! — rzekł Piotr, zgarnąwszy do pugilaresu te wymowne dowody pamięci dłużnika. — Zawsze domyślałem się w panu człowieka honoro... chciałem powiedzieć: szlachetnego. Dziś jednak widzę, że pan umie być i sumien... chciałem powiedzieć punktualnym.
Kieliszki zostały napełnione.
— Twoje zdrowie!... słyszysz, panie Piotrze? Twoje zdrowie!... Z przyjaciółmi moimi zawsze się tykam... Czy akceptujesz?
— Z rozkosznem uniesieniem! — odpowiedział Piotr, przyciskając ręką kieszeń z pugilaresem.
Wypito i znowu nalano.
— Jako zaś dowód, że istotnie jestem twoim przyjacielem, opowiem ci, iż wymówiłem dom mój Edmundowi, dowiedziawszy się o awanturze, jaką ci śmiał wyrządzić.
Piotr zrobił grymas, jakby go chinową miksturą uczęstowano, i odparł:
— Lekki to chłopiec!...
— Powiedz: łotr!
— Łotrzyk, łotrzyk!,..
— Nazwij go infamisem!
— Właśnie z ust wyjął mi pan ten wyraz.
— No! tylko bez panów, kochany Piotrze!... Za trwałość naszej przyjaźni!
— Miljon kroć sto tysięcy wieków! — krzyknął już zarumieniony kapitalista.
Szedł czwarty kieliszek, nieco większy od naparsteczka.
— Wiesz co, kochany! — zaczął po namyśle Hipolit. — My, to jest ja i Melcia, która... która cię wysoce szanuje, żebym nie powiedział: uwielbia...