Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 02.djvu/051

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Pan mi impertynencje mówisz!
— Ja się na własne życie targnę!... pan mnie szczęścia pozbawiłeś!...
— Proces panu wytoczę za napaść w mieszkaniu! — wołał Piotr.
— Zepchnąłeś mnie pan z drogi cnoty, zgubiłeś pan człowieka!... Bóg pana za mnie skarze...
— Co mnie pan tu będziesz straszył karą boską? — wykrzyknął Piotr z gniewem. — Ja jestem uczciwy człowiek... Ja robię interesa w sposób honorowy i prawny, nie fałszuję cudzych podpisów!... Wynoś się pan, pókim grzeczny, bo policji zawołam i wszystkie pańskie sprawki sądowi przedstawię... Za moją pobłażliwość... moją uczynność... moją... wyrozumiałość — napada mnie ten oto młodzieniec... grozi mi!...
Oszołomiony Edmund zapomniał na chwilę o posiadaniu języka w jamie ustnej. Potem schwycił swój tyrolski kapelusz, cofnął się ku drzwiom i wskazując na Piotra cieniutką laseczką, zawołał:
— Szatanie!...
I wyszedł krokiem, oznaczającym wzburzenie wszystkich władz duszy.
Piotr zamknął drzwi na klucz, przysłuchał się stąpaniu odchodzącego i stanąwszy na środku pokoju, rzekł z wielką pewnością siebie i energją:
— A to... zdrajca!...

Miesiąc upłynął od wizyty Edmunda u pana Piotra. Osoby uszczęśliwione przez los odebrały pieniądze, ciotka nie pożegnana przez nikogo wyprowadziła się do swej przyjaciółki, a i pan Hipolit nietyle słuchając rad przezorności, ile głosu ambicji, wynajął eleganckie mieszkanie, zakupił sprzęty, zgodził lokaja i pokojówkę, słowem — używał. Melcia też, pomimo znajomości buchalterji, robiła wydateczki na własną