Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 02.djvu/038

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Piotr w tej chwili wypełnił zsiniałe usta sporym kawałkiem polędwicy.
— Dasz pan pięćdziesiąt rubli? — pytał Edmund, bacznie patrząc mu w oczy.
— A jeżeli nic nie wygram?
— To przewyżkę zwrócę panu z procentem! — odparł niecierpliwy młodzian.
— Pisz pan skrypcik! — szepnął Piotr.
— Papieru i pióra! — zawołał Edmund.
Gdy subjekt przyniósł żądane przybory do pisania, bilet leżał na stole. Pan Piotr jadł polędwicę, lecz serce w nim zamierało ze strachu, aby subjekt nie spojrzał na numer. Niewiadomo dlaczego zdawało się Piotrowi, że o numerze tym mówi dziś cała Warszawa...
Edmund tymczasem pisał.
„Numer .... biletu loterji klasycznej sprzedaję panu Piotrowi za rubli srebrem pięćdziesiąt. W razie niewyjścia takowego, obowiązuję się zwrócić rubli srebrem trzydzieści pięć, to jest przewyżkę nad normalną cenę loterji.“
Schowawszy bilet i rewers do przepaścistego pugilaresu, Piotr wyliczył pięćdziesiąt rubli srebrem Edmundowi, który uściskał go, zapewnił o wdzięczności i wielu innych uczuciach i pobiegł do swego towarzystwa.
Interes był skończony. Kapitalista zapłacił za skromne śniadanie i chwiejąc się, wybiegł tylnemi drzwiami na podwórze. Ciekawy łatwo mógłby się tam przekonać, że pan Piotr nie przełknął polędwicy.
Na ulicy Wierzbowej siadł w dorożkę i kazał się wieźć na Krakowskie, lecz już na Saskim Placu zmienił zamiar i skręcił na Marszałkowską. Tam wysiadł, piechotą wstąpił do jakiejś dystrybucji, a zarazem kantoru loterji i przeczytał tabliczkę wygranych.
Robił to napozór tak obojętnie, że dopiero gdy zapalał cygaro, spojrzał w lustro, zobaczył, że jest śmiertelnie blady.