Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 02.djvu/025

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Jak pana poważam!
— Ach! jakże ubolewam nad tym wypadkiem! — upewnia Edmund. — I któryż to?
— Ten, któremu samiczka głowę oskubała...
— Pewnie zapalenie mózgu?...
— Nie! Prawdopodobnie niestrawność, bo znalazłem u niego w dzióbku trochę sałaty... Co się zaś tycze naszego interesu...
— Drogi panie! — mówi Edmund — możesz być zupełnie spokojny!... Bądź pan tylko łaskaw za ten miesiąc policzyć sobie procent... no... jaki pan chcesz...
— Aaa... panie! — oburza się Piotr. — Tylko tak pan ze mną nie rozmawiaj, bo odejdę bez pożegnania...
— Jesteś pan zbyt dobrym, ażebyś mógł mi zrobić podobną przykrość — odpowiada Edmund z miną serdecznie przyjacielską. — Co zaś do naszej sumki, to właśnie dziadek ma mi dać po wyścigach tysiąc rubli...
— Oj ten dziadek, zanadto kochanemu panu pobłaża!... Jakże jego szanowne zdrowie?
Edmund na znak smutku wysuwa naprzód dolną wargę.
— Nogi mu puchną... Jesteśmy zaniepokojeni!
— Dziwna rzecz! — mówi Piotr jakby do siebie — zdaje mi się, że wczoraj jeździł konno po placu Ujazdowskim?
— A tak!... Wczoraj miał się znacznie lepiej! — odpowiada Edmund, a potem chwyta Piotra pod rękę i idąc, szepcze mu do ucha:
— Uważa szanowny pan... Potrzebuję koniecznie, ale to koniecznie... w tej chwili pięćdziesięciu rubli. Idę na śniadanie, gdzie będzie kilku moich przyjaciół, a ponieważ z dziadkiem widzieć się nie mogłem (jest z nim dziś bardzo źle) więc... Pojmujesz pan?
Pan Piotr myśli w tej chwili o zmarłym ptaszku, a potem nagle pyta:
— Przepraszam... która też godzina na pańskim zegarku?