Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 01.djvu/210

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


z palców, czem rozochocony Utopowicz mówił jeszcze dłużej, a wreszcie zakończył:
— Spodziewamy się, że szanowny pan raczy skromne nasze towarzystwo zaszczycić swoją obecnością?
— Nie słyszę! — odpowiedział starzec, widząc, że mówca już zamknął usta.
Jacek powtórzył zaproszenie głosem podniesionym i znacznie treściwiej.
— Więc to będzie wieczór, kolacja? — spytał emeryt.
— Coś w tym guście.
— A nie wiesz pan, co dadzą?... Bo jeżeli jesiotra, to nie pójdę!
Utopowicz zapewnił go, że jesiotra nie będzie, a uspokojony starzec już znacznie weselszym tonem zapytał:
— Któż pan jesteś?...
— Literat!
— Aaa!... I skądże to?
— Z Warszawy!
— Aaa!... A znasz pan panią Lucynę?
— Wszyscy ją znamy!
— Święta kobieta! — zawołał rozrzewniony starzec — jak ona musi jeść gotować... Ja mam wszystkie jej dzieła i radzę panu w tym tylko duchu pisywać, jeżeli chcesz zajść daleko!
Wyszedłszy od emeryta, Jacek spotkał na ulicy pisarza sądu, który go zawiadomił, że drugi doktór miejski a zarazem śmiertelny wróg Puszczalskiego, dla miłości ogólnego dobra, zgodził się być u niego na wieczorze, pod tym jednak warunkiem, że z gospodarzem rozmawiać nie będzie i ręki mu nie poda.
— Cóż Puszczalski na to? — spytał ciekawie Utopowicz.
— Nazwał go starym osłem.
— A on co na to?
— On nazwał go znowu trucicielem.
Po tem wyjaśnieniu dwaj młodzi ludzie poszli obejrzeć