Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 01.djvu/172

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


dziemy mogli i odpocząć, i spokojnie porozmawiać. Od miesiąca, a szczególniej od tygodnia, jestem jak na wełnianym jarmarku.
— Kto wie, co się jeszcze zdarzyć może! — odparła Zosia.
— Sądzę, że przynajmniej ten hotel już się nie zapali...
— I to nie jest pewne.
Buchalter zamyślił się, a następnie siadając przy żonie, rzekł:
— Pojutrze musimy być w Patykowie, mamy więc zaledwie czterdzieści osiem godzin dla siebie. Siedząc nad księgami w kantorze, nieraz prosiłem Boga choć o jeden miesiąc wypoczynku, ale widzę, że na świecie o wypoczynek bardzo trudno...
— Teraz były wyjątkowe okoliczności, wesele nasze... — wtrąciła Zosia.
— To mnie właśnie gniewa najwięcej. Kiedym otrzymał obecną posadę i zostałem przez panią przyjęty...
W tem miejscu pocałował żonę w rękę.
— Otóż myślałem, że choć w ciągu tych paru tygodni będę mógł zapomnieć o codziennych kłopotach i oddychać tylko atmosferą miłości. O, gdybyś pani wiedziała, jakie rzewne mowy układałem na te chwile uroczyste!... Bo i ja przecież mam serce...
— Nie wątpiłam o tem.
— Mam serce — mówił buchalter — i mimo całą nieśmiałość potrafiłbym z narzeczoną i żoną porozmawiać nawet tak, jak najbardziej zakochany poeta... Ale widzę, że mi czasu zabrakło...
— Często jedna chwila mieści w sobie więcej szczęścia niż całe życie — odpowiedziała Zosia.
I miała słuszność, w tej bowiem chwili buchalter był zupełnie szczęśliwy; siedział obok ukochanej żony i czuł, że uścisk jej delikatnej ręki rozprasza wszelkie dotychczasowe niepokoje. Tłumione uczucia wypłynęły teraz jasnym poto-