Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 01.djvu/144

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Dlaczego nie? — spytał oburzony stryj. — Znam go jako chłopca porządnego, i gdyby mnie ładnie poprosił, tobym mu nawet dobrą partją wynalazł.
— Polegam na zdaniu pana radcy! — szepnął buchalter, upuszczając kapelusz na ziemię.
W tej chwili jednak jakiś nowy gość odciągnął radcę do drugiego pokoju, skutkiem czego panna Zofja i pan Filip pozostali sami.
Znalazłszy się w tak szczęśliwych warunkach, buchalter nasz stracił zupełnie odwagę i przytomność. Wzruszenie sparaliżowało mu język, milczał więc jak kameduła.
Stan jego również szkodliwie oddziałał na pannę Zofją, która rumieniła się, bladła, a wreszcie zapytała:
— Czy nie był pan dziś w ogrodzie?
— Nie pani, ale... Panno Zofjo! Są chwile w życiu człowieka, w których tenże, ulegając naciskowi okoliczności...
Nagle urwał — zapominając dalszego ciągu.
Panna Zofja czekała minutę, półtorej... wkońcu jednak zniecierpliwiła się i z błyszczącem okiem zapytała:
— Czy pan nie zasłabł, panie Filipie?...
Młody człowiek patrzył w ziemię i milczał.
— Pan jakiś dziwnie zmieszany... Co to znaczy?...
Młody człowiek podniósł na nią smętne spojrzenie, poruszył wargami, lecz znowu milczał.
Jakaś zła myśl zaświtała widocznie pod czarnemi włosami panny Zofji, zerwała się bowiem z krzesła i stłumionym głosem rzekła:
— Nie godzi się w podobnym stanie składać wizyt!
I chciała wyjść z pokoju.
Niebezpieczeństwo orzeźwiło buchaltera, który szybko zabiegł jej drogę, schwycił za rękę i już pewnym, aczkolwiek drżącym głosem zapytał:
— Co pani myślisz o mnie?