Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 01.djvu/129

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Edzio czuł, że mu serce uderza coraz spieszniej, nie był jednak pewnym z jakiego powodu: czy z miłości, czy też dlatego, że bryczka okropnie trzęsła.
Gdy zajechali przed ganek, ukazała się na nim sędziwa matrona, z którą pleban zapoznał Edzia.
— Prezentuję pani mego siostrzeńca Edwarda Flaczkowskiego...
— Aha! — odparła dama z roztargnieniem, które Edzia ubodło.
Ściśle rzeczy biorąc, nie miał się czego gniewać, roztargnienie bowiem damy pochodziło stąd, że jej się ciasta nie udały.
— Mój proboszczu! — rzekła matrona — mam ci parę słów powiedzieć. A pan, niech pozwoli tymczasem do saloniku.
Gdy zostali sami, pleban zaczął:
— Cóż, podobał się jejmości ten wyrostek? Tęgi chłop.
— To do mojej Weronisi? — spytała matrona z uśmiechem. — Niczego chłopak!
— Zrobimy im wesele, co?
— Ja tam nie od tego! byle się sobie oboje podobali. Czemże on jest?
— Aptekarzem — odparł pleban.
— Dobry kawałek chleba.
— Chce kupić teraz aptekę, ale nie ma pieniędzy.
— Znajdziemy! — rzekła figlarnie pani Haładrałowiczowa — byle Weronisi wpadł w oko!
Tak rozmawiając, poszli staruszkowie oboje na czworniak; czeladzi bowiem miał proboszcz najpierwej poświęcić.
Widzimy więc, że interes Edzia był na świetnej drodze. Podobał się matce odrazu i przysiąc prawie było można, że przed upływem miesiąca, zostanie już szczęśliwym mężem Weroniki.
Edzio jednak nic nie wiedział o swem położeniu, a co gorsza był już zniechęcony. Zdawało mu się, że matrona przyjęła go lekceważąco, a gdy jeszcze nie zastał nikogo w saloniku,