Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 01.djvu/106

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


kier X. zaprosił mnie na bal we czwartek... — pytlował Arturek.
— Pan zna bankiera X.?
— Jesteśmy przyjaciółmi, a nawet więcej... on mi bowiem zawdzięcza swoją karjerę. Poradziłem mu, aby napisał dzieło o kolejach, powiem nawet, żem mu sam udzielił kilku rad, no! i dzieło to zrobiło mu niesłychany rozgłos.
— Musi być panu bardzo wdzięczny.
— O niewątpliwie! W roku zeszłym wydał dla mnie kolacją. Było nas tylko trzydziestu, sama śmietanka towarzystwa. Każdy miał za krzesłem lokaja. Piliśmy dwanaście gatunków win, po kieliszku z butelki, samych zaś kwiatów w sali było za dwanaście tysięcy rubli.
Piękny Artur urwał nagle, dostrzegłszy, że mimo widoczną pobłażliwość, panna słucha go z niedowierzaniem. Niezbity jednak z tropu zaczął znowu:
— Otóż bankier X. prosi mnie na czwartek, i jednocześnie państwo Kukalscy zaklinają mnie, abym w ten sam czwartek był u nich w charakterze wice-gospodarza...
— Pan naturalnie nie waha się w wyborze? — szepnęła Helunia.
— Tak jest, nie waham się i idę do państwa Kukalskich, ponieważ pani tam będziesz...
— Ja?...
Wykwintny młodzian, zamiast odpowiedzi, podał zmieszanej pannie bilet z zaproszeniem.
— Nie wiem, czy będę mogła...
— Domyślam się! — rzekł piękny Artur z odcieniem melancholji. — Ojciec pani pragnie, abyś unikała zebrań... Zabawy nie mają dla niego powabu, i z tego też powodu, ja, który mam nieszczęście być rozrywanym w towarzystwach, nie posiadam jego względów. Lecz trudno!... muszę ulec, choć czuję, że w tej grze stawiam na kartę szczęście całego życia...
Mówił to jednym tchem, z oczyma spuszczonemi ku po-