Strona:PL Bolesław Prus - Lalka Tom2.djvu/457

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Baron zaciął się, oczy mu krwią nabiegły; Wokulski słuchał go i nagle rzekł cierpkim tonem:
— Kto wie, mój baronie, czy Starski nie ma racyi. Nas nauczono widzieć w kobietach anioły i tak też je traktujemy. Jeżeli one jednak są przedewszystkiem samicami, to my wydajemy się w ich oczach głupsi i niedołężniejsi niż jesteśmy, a Starski musi tryumfować. Ten jest panem kasy, kto posiada właściwy klucz do zamku, baronie! — zakończył ze śmiechem.
— Pan to mówisz, panie Wokulski?...
— Ja, panie, i nieraz pytam się, czy my nie zanadto ubóstwiamy kobiety, czy wogóle nie traktujemy ich zbyt poważnie; poważniej i uroczyściej niż siebie samych...
— Panna Ewelina należy do wyjątków... — zawołał baron.
— Istnieniu wyjątków nie przeczę, kto wie jednak, czy taki Starski nie odkrył ogólnego prawidła.
— Może być — odparł zirytowany baron — ale to prawidło nie stosuje się do panny Eweliny. I jeżeli chronię ją... a raczej nie życzę jej stosunków ze Starskim, gdyż ona sama się chroni, to tylko dlatego, ażeby podobny człowiek nie skalał jej czystej myśli, jakim wyrazem... No, ale pan jest znużony... Przepraszam za wizytę w tak niewłaściwej porze.
Baron wyszedł, cicho zamykając drzwi; Wo-