Strona:PL Bolesław Prus - Lalka Tom2.djvu/448

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Była zamyślona i spokojna, jak posągi greckich bogiń.
„No, już ta nie będzie oszukiwać...“ — pomyślał Wokulski.
Szli jakiś czas w milczeniu, ku najdzikszej stronie parku. Kiedy niekiedy zpomiędzy starych drzew mignęło okno pałacu, połyskujące czerwonemi blaskami zachodu.
— Pan był pierwszy raz w Paryżu? — spytała panna Izabela.
— Pierwszy.
— Prawda, jakieto cudowne miasto?... — zawołała nagle, patrząc mu w oczy. — Niech mówią co chcą, ale Paryż, nawet zwyciężony, nie przestał być stolicą świata. Czy i na panu zrobił takie wrażenie?...
— Imponujące. Zdaje mi się, że po kilkutygodniowym pobycie, przybyło mi sił i odwagi. Naprawdę tam dopiero nauczyłem się być dumnym z tego, że pracuję.
— Niech mi pan to objaśni.
— Bardzo łatwo. U nas praca ludzka wydaje mierne rezultaty: jesteśmy ubodzy i zaniedbani. Ale tam praca jaśnieje jak słońce. Cóżto za gmachy od dachów do chodników pokryte ozdobami, jak drogocenne szkatułki. A te lasy obrazów i posągów, całe puszcze machin, a te odmęty wyrobów fabrycznych i rękodzielniczych!... Dopiero w Paryżu zrozumiałem, że człowiek jest tylko napozór