Strona:PL Bolesław Prus - Lalka Tom1.djvu/376

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Tamte dwa konie są niezłe, ale nasza klacz znakomita — mówił dyrektor.
— Och! — potwierdził dżokiej.
Wokulski odprowadził go na stronę i rzekł:
— Jeżeli wygramy, będę panu winien pięćdziesiąt rubli ponad umowę.
— Och! — odparł dżokiej, a przypatrzywszy się Wokulskiemu, dodał:
— Pan jest czysty krew sportsmen, ale jeszcze pan trochu gorączkuje. Na przyszły rok będzie spokojniejszy.
Znowu plunął na długość konia i poszedł w stronę trybuny, a Wokulski, pożegnawszy panów Millera i Szulca, popieściwszy klaczkę, wrócił do swego powozu.
Teraz zaczął szukać panny Izabeli.
Obszedł długi łańcuch powozów, ustawionych wzdłuż toru, przypatrywał się koniom, służbie, zaglądał pod parasolki damom, ale panny Izabeli nie dostrzegł.
— Może nie przyjedzie? — szepnął i zdawało mu się, że cały ten plac, napełniony ludźmi, zapada wraz z nim pod ziemię. Miał też poco wyrzucać tyle pieniędzy, jeżeli jej tu nie będzie! A może pani Meliton, stara intrygantka, okłamała go na współkę z Maruszewiczem?...
Wszedł na schodki, wiodące do trybuny sędziów i oglądał się na wszystkie strony. Napróżno. Gdy schodził ztamtąd, zatamowali mu drogę dwaj,