Strona:PL Bolesław Prus - Lalka Tom1.djvu/352

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Przez otwarte drzwi nalewo widać było szafy zapełnione aktami, trzech depedentów szybko piszących i kilku gości z waszecia, z których jeden miał fizyognomią kryminalną, a reszta bardzo znudzone.
Stary lokaj z siwemi wąsami i podejrzliwem wejrzeniem, zdjął z Wokulskiego palto i zapytał:
— Wielmożny pan na dłuższy interes?
— Na krótszy.
Wprowadził Wokulskiego do sali naprawo.
— Jak mam zameldować?
Wokulski podał bilet i został sam. W sali były sprzęty kryte amarantowym utrechtem, jak w wagonach pierwszej klasy, — kilka ozdobnych szaf z pięknie oprawnemi książkami, które tak wyglądały, jakby ich nigdy nie czytano, — na stole zaś parę ilustracyi i albumów, które, zdaje się, oglądali wszyscy. W jednym rogu sali stał gipsowy posąg bogini Temidy, z mosiężnemi wagami i brudnemi kolanami.
— Pan mecenas prosi!... — odezwał się służący przez uchylone drzwi...
Gabinet znakomitego adwokata miał sprzęty kryte bronzową skórą, w oknach bronzowego koloru firanki, a na ściennych obiciach bronzowe desenie. Sam gospodarz odziany był w bronzowy surdut i trzymał w ręku bardzo długi cybuch, u góry zakończony funtowym bursztynem i piórkiem.