Strona:PL Bolesław Prus - Lalka Tom1.djvu/341

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


dział, że przyjdzie jutro o dziesiąty, ino na minutkę.
— Dobrze, dobranoc ci.
— Upadam do nóg, proszę łaski pana.
Służący wyszedł, Wokulski czuł się zupełnie otrzeźwionym. Ochocki i jego latające maszyny zmalały mu w oczach. Miał znowu energią, jak wówczas, kiedy wyjeżdżał do Bułgaryi. Wtedy szedł po majątek, a dziś ma okazyą rzucić jego część dla panny Izabeli. Kłuły go wyrazy listu p. Meliton: „postawiona między biedą i wyjściem za marszałka...“ Otóż ona nigdy nie znajdzie się w tem położeniu... A wydźwignie ją nie jakiś tam Ochocki, za pomocą swojej maszyny, ale on... Czuł w sobie taką siłę, iż gdyby w tej chwili sufit z dwoma piętrami spadł mu na głowę, chyba utrzymałby go.
Wydobył z biurka swój notatnik i począł rachować:
Klacz wyścigowa — głupstwo... Wydam najwyżej tysiąc rubli, z których wróci się przynajmniej część... Dom rs. 60.000, posag panny Izabeli rs. 30.000, razem rs. 90.000. Bagatela!... prawie trzecia część mego majątku... W każdym razie za dom wróci mi się ze 60.000, albo i więcej... No!... trzeba skłonić Łęckiego, ażeby te 30.000 mnie powierzył; będę mu płacił 5.000 rubli rocznie, jako dywidendę... Chyba im wystarczy?... Konia oddam berejterowi, niech on zajmie się puszczeniem go na wyścigi... O dziesią-