Strona:PL Bolesław Prus - Lalka Tom1.djvu/295

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


biurko, poszukał w niem i za chwilę wydobył paczkę weksli.
— Te same? — rzekł, pokazując je pani Meliton.
— Tak. Chciałabym mieć te pieniądze!... — odpowiedziała z westchnieniem.
Wokulski ujął paczkę w obie ręce i rozdarł ją.
— Znać kupca?... — spytał.
Pani Meliton przypatrzyła mu się ciekawie i kiwając głową, mruknęła:
— Szkoda pana.
— Dlaczegoż-to, jeżeli łaska?...
— Szkoda pana — powtórzyła. — Sama jestem kobietą i wiem, że kobiet nie zdobywa się ofiarami, tylko siłą.
— Czy tak?
— Siłą piękności, zdrowia, pieniędzy...
— Rozumu... — wtrącił Wokulski jej tonem.
— Rozumu nie tyle, prędzej pięści — dodała pani Meliton z szyderczym uśmiechem. — Znam dobrze moję płeć i nieraz miałam okazyą litować się nad naiwnością męską.
— Dla mnie niech pani sobie nie zadaje tego trudu.
— Myślisz pan, że nie będzie potrzebny? — spytała, patrząc mu w oczy.
— Łaskawa pani — odparł Wokulski — jeżeli panna Izabela jest taką, jak mi się wydaje, to