Strona:PL Bolesław Prus - Lalka Tom1.djvu/279

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


W dzień wszystko było ładne, wesołe i dobre; w nocy wszystko brudne i niebezpieczne. Tak sobie myślę, ale milczę; bo cóż może znaczyć sąd starego subjekta wobec głosu znakomitych publicystów, którzy dowodzą, że żydzi krwi chrześcijańskiej używają na mace i że powinni być w prawach swoich ograniczeni. Nam kule nad głowami inne wyświstywały hasła, pamiętasz Katz?...
Taki stan rzeczy w osobliwy sposób oddziaływa na Szlangbauma. Jeszcze w roku zeszłym człowiek ten nazywał się Szlangowskim, obchodził Wielkanoc i Boże Narodzenie i zpewnością najwierniejszy katolik nie zjadał tyle kiełbasy, co on. Pamiętam, że gdy raz w cukierni zapytano go:
— Nie lubisz pan lodów, panie Szlangowski?
Odpowiedział:
— Lubię tylko kiełbasę, ale bez czosnku. Czosnku znieść nie mogę.
W początkach maja pierwszy raz przyszedł do Stacha z prośbą. Był bardziej skurczony i miał czerwieńsze oczy, niż zwykle.
— Stachu — rzekł pokornym głosem — utonę na Nalewkach, jeżeli mnie nie przygarniesz.
— Dlaczegożeś odrazu do mnie nie przyszedł? — spytał Stach.
— Nie śmiałem... Bałem się, żeby nie mówili o mnie, że żyd musi się wszędzie wkręcić. I dziś nie przyszedłbym, gdyby nie troska o dzieci.
Stach wzruszył ramionami i natychmiast przy-