Strona:PL Bolesław Prus - Lalka Tom1.djvu/270

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


mógłby znaleźć panienkę, która, mój Boże! i do fortepianu i domem zarządzi i zna języki...
Takich swatów dziesiątki przewijają się przez nasz sklep. Niektóre matki, ciotki, albo ojcowie poprostu przyprowadzają do nas panny na wydaniu. Matka, ciotka, albo ojciec kupuje coś za rubla, a tymczasem panna chodzi po sklepie, siada, bierze się pod boki, ażeby zwrócić uwagę na swoję figurę, wysuwa naprzód prawą nóżkę, potem lewą nóżkę, potem wystawia rączki... Wszystko w tym celu, ażeby złapać Stacha, a jego — albo niema w sklepie, albo jeżeli jest, to nawet nie patrzy na towar, jakby mówił:
— Taksacyą zajmuje się pan Rzecki...
Wyjąwszy rodzin, mających dorosłe córki, tudzież wdów i panien na wydaniu, które zdają się być odważniejszemi od węgierskiej piechoty, biedny mój Stach nie cieszy się sympatyą. Nic dziwnego — oburzył przeciw sobie wszystkich fabrykantów jedwabnych i bawełnianych, a także kupców, którzy sprzedają ich towary.
Raz, przy niedzieli (rzadko mi się to zdarza), zaszedłem do handelku na śniadanie. Kieliszek anyżówki i kawałek śledzia przy bufecie, a do stołu porcyjka flaków i ćwiartka porteru — oto bal! Zapłaciłem niecałego rubla, ale com się nałykał dymu, a com się nasłuchał!... Wystarczy mi tego na parę lat.
W dusznym i ciemnym, jak wędlarnia, pokoju,